Profesor Dino Garbaccio nie żyje

Profesor Dino Garbaccio, pionier implantologii włoskiej, twórca idei bikortykalizmu, światowej sławy implantolog nie żyje. Zmarł 28 kwietnia w swojej rodzinnej Albendze we Włoszech. Redakcja „Magazynu Stomatologicznego” w jego Osobie żegna niezwykle skromnego Wielkiego Człowieka i swojego Autora, który nie doczekał opublikowania ostatniego, napisanego dla nas artykułu. Łączymy się w bólu z rodziną, uczniami i wychowankami Pana Profesora.

Sylwetkę Profesora Garbaccia, jego przemyślenia i dokonania zaprezentował na łamach „Magazynu Stomatologicznego” Jego uczeń, dr n. med. Tomasz A. Grotowski, w artykule „Quo vadis, implantologia?”. Zachęcamy Państwa do zapoznania się z tym niezwykłym tekstem.

Redakcja „Magazynu Stomatologicznego”
 

 

Quo vadis, implantologia?

W moim długim życiu miałem wielu uczniów, ale tym, który podążał za mną z największą uwagą i obsesyjną wręcz ciekawością, był z pewnością polski stomatolog, praktykujący i we Włoszech, i w Polsce, doktor Tomasz Grotowski. Dzisiaj, po wielu latach, namówił mnie na rozmowę o mojej drodze życiowej, moich przekonaniach i poglądach na temat implantologii stomatologicznej.

 

– Mistrzu, kiedy, w jaki sposób i dlaczego zrodziła się idea biokortykalizmu? Jak Pan do niej doszedł i na jakie przeszkody natrafił na swej drodze, z ich wszelkimi – naukowymi i praktycznymi – konsekwencjami?

– Odpowiedź mą kieruję do tych wszystkich, którzy są częścią tego świata i zechcą wysłuchać moich myśli nie jak wykładu uniwersyteckiego, lecz jako prostego wyłożenia idei filozoficznej, która kształtowała się na przestrzeni lat obfitujących w różne perypetie i rozczarowania (teraz zaczynam mieć nawet wątpliwości, czy było warto). Przyjmijcie te słowa jako moje życiowe credo.

Nie wiem, dlaczego w ogóle zacząłem eksperymentować z implantologią, może dlatego, że zawsze byłem ciekawy wiedzy, a może dlatego, że kiedy zaczynałem, cały świat był przeciw mnie (nawiercenie otworu w kości oznaczało przecież otwarcie drogi dla bakterii chorobotwórczych). Wówczas, przepełniony łacińskim duchem, kierowałem się mottem: Nitimur in vetitum semper, cupimusque negata (Owidiusz, „Amores”, III, 4, 17) – Zawsze dążymy do tego, co zakazane.

Pod koniec lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku po raz pierwszy zetknąłem się z igłą Scialoma, stosowaną przez mojego włosko-francuskiego współpracownika i przyjaciela. Po kilku latach własnej praktyki dysponowałem już niewielką wiedzą i kilkoma publikacjami. Zainteresowałem się też śrubami Tramonte i kilkoma typami wszczepów typu żyletka (było ich naprawdę niewiele), starając się powoli, z perspektywy czasu, zgłębiać uzyskiwane rezultaty. Przyznaję, że pierwsze wyniki nie były doskonałe, lecz właśnie z tych pierwszych niepowodzeń zacząłem wyciągać wskazówki, które ukierunkowały mnie na poszukiwanie ich przyczyn.

Pamiętam, jak się cieszyłem, widząc piękną, szeroką kość, która wydawała się idealna dla każdego rodzaju implantu, a tymczasem... właśnie ten zabieg zakończył się niepowodzeniem. To było zniechęcające! Do tego stopnia, że zacząłem wątpić w moją rękę chirurga, w moją wiedzę, w mój mózg, sądząc, że się do tego nie nadaję. Wyznaję, że nie przespałem wielu nocy. Zdobywałem – pokątnie – żuchwy, przecinałem je i studiowałem szczegółowo ich kształt i gęstość kości, symulując wprowadzanie wszczepów.

Zacząłem sobie zdawać sprawę, że część gąbczasta kości nie jest wystarczająco gęsta, by utrzymać jakikolwiek implant. Nie pamiętam dokładnie kiedy, ale chyba mniej więcej w tym samym czasie, prof. Ugo Pasqualini udowodnił, że większość niepowodzeń „o nieznanej etiologii”, w przypadku których można było wykluczyć nadmierne ryzyko lub błąd lekarski, jak również poważne schorzenia ogólnoustrojowe lub nieprawidłowy zgryz, było spowodowanych słabą zdolnością retencyjną tkanki gąbczastej, zarówno w delikatnym okresie osteogenezy, jak i w trakcie późniejszego funkcjonowania implantu. Jedynym, który zrozumiał znaczenie tej idei, był Scialom: wprowadzając igłę, szukał podparcia w przeciwległej warstwie korowej.

To nie było tak, że pewnego ranka się obudziłem i powiedziałem sobie: dzisiaj wynajdę śrubę o takich właściwościach, które pozwolą na ominięcie tej przeszkody!!!

Prawdziwy przełom w mojej wiedzy nastąpił w latach siedemdziesiątych, kiedy prof. Muratori, jako pierwszy we Włoszech, zebrał grupę naukowców i założył stowarzyszenie o nazwie GISI – Włoska Grupa Studiów Implantologicznych – z siedzibą w Bolonii. W ten sposób podczas corocznych, organizowanych przez siebie kongresów, dał wszystkim możność wymieniania się pomysłami i propozycjami.

Trzeba pamiętać, że w tamtych czasach bardzo trudno było proponować rozwiązania bazujące na wszczepach, choć od wielu lat prowadziliśmy badania i przeprowadzaliśmy eksperymenty; mimo to jednak z uporem i poświęceniem kontynuowaliśmy starania na przekór wszystkim, a szczególnie na przekór nauczycielom akademickim, którzy nie akceptowali żadnych naszych propozycji. Każdy z nas eksperymentował na własną rękę, bez najmniejszej pomocy: ani moralnej, ani materialnej, napotykając tak zaciekły opór, że tylko dzięki zaangażowaniu i wytrwałości nielicznych zdołaliśmy dotrzeć tam, gdzie dotarliśmy.

Warto podkreślić, że ci którzy byli nam tak przeciwni, nie mieli zielonego pojęcia o implantologii oralnej. Mimo wielu trudności rezultaty w końcu nadeszły, a potwierdzeniem słuszności naszych poczynań jest fakt, że ci, którzy dyktowali w ostatnich latach prawa implantologii (bazując na sponsoringu wielkich międzynarodowych koncernów), wynaleźli ponownie to, co my wymyśliliśmy 40 lat temu.

– W jakim kierunku zmierza Pańskim zdaniem współczesna implantologia?

– Niestety dzisiaj, tak samo jak w minionym czasie, dostrzegamy swego rodzaju zagubienie się implantologii w marazmie niezliczonych publikacji, które powstają nie po to, by wnieść wkład w rozwój nauki, lecz by spopularyzować np. nazwisko autora. Liczni, obrotni przedsiębiorcy bez żadnego merytorycznego przygotowania, nastawieni wyłącznie na szybkie zarabianie pieniędzy i mający możliwość zareklamowania się, kopiując dostępne na rynku rozwiązania (których jest nieprzyzwoicie dużo), doprowadzili nas do martwego punktu; takiego, w którym należy zadać sobie pytanie: Czy przypadkiem nie było nam lepiej, kiedy było nam gorzej?

Kongresów i kursów nie sposób dziś zliczyć, według mnie jest ich za dużo. Każdy leje wodę na swój młyn i pokazuje ewolucję swojego wyrobu, u którego podstaw nie zawsze leżą przesłanki naukowe. I tak oto demonstrujemy światu całkowitą dezorientację, w której młodzi ludzie nie potrafią znaleźć żadnej drogi. Oczywiście winę za to ponosimy my sami, poruszając się po omacku, w ciemnościach i chaosie. Dyrektywy bowiem są nieraz sprzeczne, a różne koncepcje nakładają się na siebie.

Przeczytałem sprawozdanie z ostatniego VI Międzynarodowego Kongresu Implantologii AISI (Accademia Italiana di Stomatologia Implantoprotesica – przyp. red., Bolonia 25-26 lutego 2005 r.) i wysłuchałem kilku komentarzy na jego temat. Był on sukcesem ze względu na liczną obecność młodych kolegów, którzy zapłacili za uczestnictwo, a którym chciałbym zadać proste pytanie: Ile z tego zrozumieliście i czego się nauczyliście?

To samo pytanie zadałem 25 lat temu na zakończenie Światowego Kongresu Implantologii Stomatologicznej w Monachium. Ponieważ zabierałem głos jako ostatni, rozpocząłem swój wykład właśnie od tego pytania. Przede mną przemawiali wielcy luminarze, między innymi Linkow i Grafelmann, którzy spojrzeli na mnie z ogromnym zdziwieniem, tak niecodzienne były moje słowa. Ich wykłady były bowiem, jak zwykle, pokazem setek zdjęć panoramicznych wyświetlanych jedno po drugim, na których można było podziwiać najróżniejsze formy wszczepów i rozwiązań implantoprotetycznych.

W grupie słuchaczy wyróżniał się pewien mężczyzna, którego widziałem na Kongresie może po raz trzeci; nosił typową muszkę i wyróżniał się nienaganną, wyprostowaną sylwetką. Daleki byłem wówczas od myśli, że za kilka lat się dowiem, że jest on wynalazcą słynnych wszczepów osteointegracyjnych, a dzisiaj uznamy go za jednego z nowych „wynalazców” natychmiastowego obciążania implantów (co za cudowne, nowe (?!) odkrycie).

Wracając do Kongresu AISI, słyszę, że mówiono o niepowodzeniach, czyli o tym, jak naprawiać błędy... Czyż nie należałoby raczej przestrzegać zasad, które pozwalają im zapobiegać? Przedstawiano też różnego typu przypadki, które nie zawsze odpowiadają rzeczywistości. Dzisiaj najważniejszą rzeczą jest ostentacyjne pokazywanie liczby implantów wszczepianych w ciągu dnia, miesiąca czy roku, jakby to był wyścig o to, kto ich wszczepi więcej. A że w grupie tkwi siła, nigdy nie będzie wiadomo, czy te pojedyncze wszczepy są dobre, najważniejsze bowiem jest ratowanie własnej twarzy i estetyki.

Mówi się o stosowaniu „press-fit” w celu uzyskania natychmiastowego, mechanicznego umocowania, a zapomina się, że ucisk na tkankę powoduje miejscowe niedokrwienie tkanki przyległej, a w konsekwencji jej martwicę, zanik kości i – ewentualne – zagojenie. A wiadomo przecież, że trwałość takiego mocowania wynosi około 8-10 dni, potem pojawia się osteoliza. Mówi się także o „line-to-line” i pokazuje zdjęcia doskonałej śruby samogwintującej, tylko że kość to nie kawałek drewna! Widzimy wiele zabiegów, wykonanych jeden po drugim, niektóre są ładne (inaczej by ich nie pokazywali!), inne trochę mniej. Mając ograniczony czas, każdy chce coś powiedzieć, ale – jak mówił wielki Giuseppe Giusti (poeta włoski, 1809-1850 – przyp. red.) w „La Chiocciola”:

O, mądre sowy,
prawicie kazania,
ale waszych bliźnich
niczego nie uczycie!

Nikt nie mówi o oszczędzaniu kości, nikt nie myśli o pacjencie, o tym, że będzie cierpiał, jak długo będzie trwało jego cierpienie i ile go to będzie kosztowało. Do urazu fizycznego dochodzi bowiem uraz psychologiczny. Powinno się raczej stworzyć podstawy, przestrzegać zasad, a odsunąć trochę na bok wzniosłość Pindara: potrzeba wielu pytań dlaczego, by móc udzielić na nie prawidłowej odpowiedzi.
I co teraz? Czy mamy wrócić do początków implantologii? Niechaj zakończeniem mojej wypowiedzi będzie jakże znaczący tytuł publikacji Isaca Bar-Oz sprzed wielu lat: „Quo vadis, implantologia?...”

Przekład: Milana Długopolska
 

Brak głosów