|
|
Marcin Aluchna
W potocznej opinii praca lekarza stomatologa jest często uznawana za bardzo łatwą i nieobciążającą. Na takie jej postrzeganie wpływa wizerunek dentysty, jaki kreują media, a także i to, jak naszą pracę wycenia NFZ. Nie bez znaczenia jest też wieloletnie traktowanie służby zdrowia przez polityków jako
ostatniej ze służb.
A przecież jednym z warunków, by praca została uwieńczona sukcesem, jest porozumienie lekarza z pacjentem i wzajemne zaufanie. Pacjent powierza nam swoje zdrowie, a nierzadko i życie. Zdarza się jednak i tak, że zaufanie pacjenta do lekarza jest ograniczone, a nieraz góruje nad nim wiara we własne siły. W artykule pozwolę sobie przedstawić owoc mojej niezwykłej „współpracy” sprzed kilkunastu lat z ogromnie zdolnym i bardzo samodzielnym pacjentem. Akcent na słowa „zdolny” i „samodzielny” jest tu bardzo na miejscu. Wszak obserwując biegłego w swym fachu specjalistę, laik może odnieść wrażenie, że wykonywane przez niego czynności są bardzo proste i sam go może wyręczyć. Taki chirurg szczękowy, na przykład, podchodzi do pacjenta i kilkoma zgrabnymi ruchami „wyjmuje” mu ząb albo kilka zębów. A stomatolog zachowawczy to „ma jeszcze fajniej” – wycina w zębie ubytek jak mu wygodnie, a potem go zakleja. Praca protetyka widziana w takim świetle to czysta gratka.
Bohater artykułu zgłosił się do naszego gabinetu z powodu zaawansowanej choroby przyzębia, której skutkiem były braki zębów. Obrazowo przedstawił objawy swojej przypadłości jako „wychodzenie zdrowych zębów”. Po sanacji jamy ustnej, która obejmowała leczenie periodontologiczne, zachowawcze i chirurgiczne, braki zębów uzupełniono protezą szkieletową. Pacjenta poinformowano o konieczności regularnego usuwania złogów nazębnych i zgłaszania się na wizyty kontrolne.
Ale jak wiadomo, szczęśliwi czasu nie liczą, mijały więc kolejne terminy wizyt kontrolnych, a pacjenta jak nie było, tak nie było. Byłem przeświadczony, że podjął leczenie u innego stomatologa i z tego powodu nie odpowiada na kolejne zaproszenia.
Po trzech latach od ostatniej wizyty pacjent pojawił się ponownie w gabinecie z prośbą o wykonanie nowego uzupełnienia protetycznego szczęki.
Po co? Na pierwszy rzut oka utrwalony na zdjęciu obraz wydaje się całkiem normalny. Jednak czegoś brakuje „w tle”. Uzupełnienie jest nieuszkodzone. Zęby filarowe też są. Tylko gdzie się podziała, że tak powiem, reszta pacjenta (ryc. 1)? Gdzie jego głowa, jego szczęka? Kolejne zdjęcia (ryc. 2 i 3) ujawniają, jak „doskonale”, niczym słynny MacGyver, pacjent poradził sobie z rozwiązaniem problemu utraty kolejnych zębów filarowych. Precyzja „dostosowania” korzeni, które oszlifował pilniczkiem do paznokci, musi budzić uznanie profesjonalistów. Do osadzenia zębów zastosował jeden z częściej reklamowanych klejów cyjanoakrylowych. Natomiast stabilność tego – zmodyfikowanego już – uzupełnienia osiadającego zapewniał również doskonały, jak głosiła inna reklama, klej do protez.
„Jakość autoekstrakcji” zweryfikowano radiologicznie, po czym wykonano pacjentowi protezę całkowitą górną. W opinii autora artykułu jedyną zauważalną dla pomysłowego pacjenta różnicą było to, że nie musiał już stosować kleju do protez, jeśli nie liczyć ostatecznego rozwiązania problemu choroby przyzębia w szczęce.
Prezentowaną na zdjęciach protezę-samoróbkę pacjent przekazał w dowód przyjaźni gabinetowi stomatologicznemu. Jest cennym trofeum w naszej kolekcji. A poza tym warto mieć pewność, że już nigdy nie przyjdzie mu do głowy, by jej znowu używać!
Jak wspomniałem na wstępie, opisywane leczenie przeprowadzono kilkanaście lat temu. W tym czasie poziom świadomości naszych pacjentów bardzo się zmienił; daje się to zauważyć na co dzień. Jednak nigdy nie wiadomo, kiedy pojawi się następny chętny do wyręczenia lekarza „zdolny i z fantazją”. Warto zatem zachować czujność, bo Polak potrafi!
|