Cuda Meksyku. Meksyk mieniący się wszystkimi kolorami świata

Mariusz Lipski

Kolejnym etapem wędrówki po Meksyku, do którego podążyliśmy, było Chiapas, które – podobnie jak Oaxaca – jest biednym stanem indiańskim. Można tu podziwiać nie tylko przepiękny górzysty krajobraz, ale również obserwować niezwykle ciekawy i zmienny klimat. W niektórych zakątkach tego stanu deszcz pada nieprzerwanie przez cały rok. Największą atrakcją turystyczną Chiapas jest niewątpliwie kanion Sumidero, który jest przełomem rzeki Grijalva. Kanion powstał w epoce lodowcowej w wyniku uskoku tektonicznego. Na rzece 30 lat temu zbudowano zaporę, dzięki której powstał zalew o długości ponad 30 km. W tym samym czasie utworzono w tym miejscu Park Narodowy. Jest to jeden z najbardziej imponujących kanionów na świecie, którego ściany osiągają miejscami wysokość 1200 m.

Fragment kanionu został nawet wykorzystany w herbie stanu Chiapas.

Aby podziwiać piękno kanionu Sumidero, wybraliśmy się na przejażdżkę łodzią motorową. Przez ponad 2 godziny przepłynęliśmy niemal całą jego długość, zachwycając się malowniczymi krajobrazami, niesamowitymi formami skalnymi i jaskiniami. Zafascynowała nas genialna gra światła promieni słonecznych i cieni tworzonych przez ściany kanionu. Pośród zadziwiającej roślinności spotkaliśmy wiele gatunków dzikich zwierząt. Szyper ostrożnie podpływał w miejsca, które szczególnie upodobały sobie czaple białe, krokodyle, sępy czy wyjce. Indianie twierdzą, że w gęstwinie drzew i krzewów można także spotkać jaguary, choć nikt ich jeszcze nie widział na własne oczy. Według legendy, na wieść o nadchodzących wojskach hiszpańskich w tym miejscu Indianie skakali z wierzchołka skał do rzeki, uznając swoją śmierć za bardziej honorowe wyjście niż poddanie się konkwistadorom, którzy podobno po drugiej stronie z przerażeniem obserwowali to wydarzenie.

Imponująca roślinność wyrastająca ze skał tworzy urokliwe, niepowtarzalne formy.

Płynąc łodzią, można spotkać wygrzewające się na brzegu krokodyle i sępy, które upodobały sobie to miejsce, dlatego Indianie nazwali je „Acapulco Sępów”.

San Cristóbal de Las Casas, które odwiedziliśmy nazajutrz, to chyba najbardziej indiańskie miasteczko, jakie udało mi się zobaczyć w Meksyku. Zostało założone przez Hiszpanów i do dziś zachowało swój kolonialny charakter dzięki urokliwej, niskiej zabudowie i kolorowym domom. Położone jest w dolinie, na wysokości 2100 metrów n.p.m.; po zachodzie słońca temperatura powietrza spada tu tak szybko, że była to jedyna miejscowość w trakcie całej podróży, w której w hotelu włączaliśmy grzejniki. Zresztą zanim tu przyjechaliśmy, uprzedzano nas, że jest to miasto, w którym na pewno trzeba mieć kurtkę w pogotowiu. To tutaj trwa odwieczny konflikt między miejscowymi Indianami a potomkami Hiszpanów. Właśnie tutaj miało swój początek w 1994 roku głośne powstanie zapatystów w stanie Chiapas pod wodzą komendanta Marcosa. Na ulicach spotyka się mnóstwo Indian, a najwięcej jest ich przy głównym kościele, przy którym próbują sprzedać na targu swoje wyroby. Najwięcej jest kobiet ubranych w tradycyjne kolorowe stroje, z charakterystyczną czarną spódnicą, którą okręcają wokół bioder. Na plecach często niosą dziecko owinięte w solidną tkaninę. To głównie one zarabiają na życie, choć najbardziej zapamiętałem kilkuletnie dzieci, które mówiąc nawet po polsku „kup pamiątkę”, wręcz błagały, aby kupić od nich jakieś paski, koraliki czy gałgankowe laleczki.

San Cristobál to przede wszystkim kolorowa kolonialna zabudowa i specyficzny indiański klimat.

San Cristobál ma własny, niepowtarzalny smak, a mieszkańcy są bardzo przyjaźni; nie godzą się tylko, by ich fotografować. Są przekonani, że robienie zdjęć zabiera im duszę, dlatego zasłaniają siebie i swoje dzieci przed obiektywem aparatu. Jednak gdy dać im parę peso, lęki ustępują, chyba więc bardziej prawdopodobny jest inny powód skrywania twarzy. Uważają mianowicie, że robienie im zdjęć ma na celu ich sprzedanie z zyskiem, kiedy więc się podzielimy z nimi tym zarobkiem, chętnie pozują do fotografii.

Trudno było odmówić zakupu choćby sznurka koralików.

Największą dawkę indiańskiego folkloru otrzymałem jednak w wiosce San Juan Chamula, położonej niespełna 10 km od San Cristobál. Zamieszkują ją Indianie z plemienia Tzotzil. Zatrzymaliśmy się na parkingu usytuowanym na wzgórzu, z którego rozciągał się widok panoramiczny na całą wioskę. Pośrodku wioski stoi kościół – jej największa atrakcja, który wzbudził moje szczególne zainteresowanie, dlatego chciałbym poświęcić mu nieco więcej uwagi. Niby kościół katolicki, ale lokalna społeczność dostosowała go do własnych potrzeb, mieszając wiarę chrześcijańską z własnymi obyczajami, wierzeniami przodków i rytuałami Majów, np. Jezus jest dla nich nowym wcieleniem Quetzalcoatla, czyli Pierzastego Węża. Aby wejść do środka, należy kupić bilet, a wpuszczający strażnik kilkakrotnie przestrzega przed robieniem zdjęć. Zakaz fotografowania i odprawiania obrzędów obowiązuje zresztą w całej wiosce. Za złamanie tej zasady można bez żadnego sądu trafić do miejscowego więzienia. Mieszkańcy ustanowili tu własne prawo i zasady, a porządku pilnują „policjanci”. Mówi się, że są nimi mężczyźni z wioski, którzy akurat są trzeźwi. Nic więc dziwnego, że turyści raczej przestrzegają zasad. Do kościoła nie wolno mężczyźnie wejść w kapeluszu, za to nie ma przeciwwskazań, by wchodzić z piwem czy z papierosem.

Indiański kościół w San Juan Chamula – niezwykłe miejsce, w którym współczesna kultura chrześcijańska miesza się ze starymi wierzeniami i obyczajami przodków.

Z zewnątrz kościół niczym się nie wyróżnia, jednak po wejściu do środka od razu czuje się magię tego miejsca. Panuje w nim półmrok i potrzeba kliku sekund, aby wzrok mógł ogarnąć wnętrze. Nie ma tu ławek dla wiernych ani ołtarza. Ściany są przydymione od świec, posadzka wyłożona igliwiem, a w powietrzu unosi się zapach palonych świec, ziół i kadzideł wykorzystywanych w rytualnych obrzędach. Dookoła w gablotach stoją figury świętych, poubierane w kolorowe stroje, z co najmniej jednym lusterkiem. Według indiańskich wierzeń mają one odstraszać złe duchy oraz odbijać dusze grzeszników. Święci są odpowiedzialni za różne sprawy życia codziennego. Jeśli np. potrzeba deszczu, Indianie ubierają w najlepsze stroje świętego Pawła, który odpowiada za deszcz, i się do niego modlą. Gorzej, jak deszcz nie spadnie, wówczas świętemu wymierza się karę. Wierni rozbierają go i pozostawiają w kościele nagiego, a wszyscy odwiedzający grożą mu i machają przed nosem maczetą. Kiedy do wioski przyjechał ksiądz i próbował wprowadzić obyczaje powszechnie panujące w Kościele katolickim, Indianom się to nie spodobało. Uznali, że nie potrzebują pośrednika do rozmowy z Bogiem, i zamknęli księdza w więzieniu, a obecnie wpuszczają do świątyni jedynie biskupa, i to tylko raz w roku. Dzień ten jest w Chamuli świętem. Nie ma zatem tam księdza i nie odprawia się mszy. Każdy przychodzi do kościoła, kiedy chce, przeważnie aby prosić o pomoc lub rzucić urok. Zabierają wówczas ze sobą żywą kurę i coca-colę i przeważnie całymi rodzinami siadają na posadzce, otaczając się palącymi świeczkami. Składaną w ofierze kurę wykorzystuje się także jako swoisty środek leczniczy do pocierania obolałych miejsc, a jak już choroba na nią przejdzie, to ukręca się jej łeb. Coca-cola jest mocno gazowana, więc po wypiciu łatwo można uwolnić z siebie złe duchy, przy czym to „uwalnianie” odbywa się najgłośniej jak tylko się da. Biegające po kościele dzieci, gdakanie i szamotanina kur, rytmicznie i głośne powtarzanie słów modlitwy na tle setek palących się świeczek i unoszącego się dymu palonych ziół tworzą niepowtarzalną atmosferę, która na długo pozostanie w pamięci.

 

Handel kwitnie w najlepsze.

Przed kościołem znajduje się tętniący kolorami plac, gdzie można kupić żywność oraz pamiątki. Handlem zajmują się wyłącznie kobiety dzieci.

Miejscowy cmentarz.

Na skraju wioski mieszkańcy grzebią zmarłych. Czarny krzyż na grobie oznacza, że spoczywa tu człowiek w podeszłym wieku, biały krzyż ustawia się na grobie dziecka, a pod niebieskimi spoczywają wszyscy pozostali.

Zanim dotarliśmy do Palenque – położonego w dżungli starożytnego miasta Majów, zatrzymaliśmy się przy jednym z wielu w tym rejonie wodospadów. Rzeka Misol-Ha spada tu z wysokości 35 m do otoczonego bujną roślinnością, głębokiego jeziorka. Choć woda w nim jest dość zimna, nie brakowało ochotników do orzeźwiającej kąpieli. Za wodospadem znajduje się wejście do jaskini.

Wodospad Misol-Ha. Kąpiel w kryształowo czystej wodzie na tle błękitnego nieba i w otoczeniu tropikalnej roślinności była wyjątkowym przeżyciem. 

Noc spędziliśmy w wyjątkowym, niepowtarzalnym hotelu w Palenque – usytuowanym wewnątrz tropikalnego lasu.

Hotel w Palenque.

Wcześnie rano, korzystając z okazji, że akurat nie pada, udaliśmy się na zwiedzanie ruin prekolumbijskiego miasta założonego ok. 100 lat p.n.e., którego lata świetności przypadają na VI wiek n.e.. W Palenque panował wtedy król Pakal, który stał się ikoną kultury Majów, niczym faraon Tutanchamon dla Egipcjan. Jego wizerunek można dziś spotkać na wszystkich pamiątkach oferowanych turystom w całym Meksyku. Pakal Wielki został pochowany w Palenque, w Świątyni Inskrypcji, zbudowanej na 16-metrowej piramidzie. Wewnętrzne schody prowadzą ze szczytu świątyni do jego grobowca, który znajduje się 2 m poniżej poziomu podstawy piramidy Grobowiec został odkryty stosunkowo niedawno, bo w latach 50. XX w., podczas prowadzenia prac archeologicznych. Makieta sarkofagu z autentycznym szkieletem znajduje się w Muzeum Antropologicznym w Mexico City. Niestety maska pośmiertna wykonana z nefrytu została stamtąd skradziona i podobno do dziś jej nie odnaleziono. W okresie panowania Pakala powstało w Palenque najwięcej świątyń i pałaców obrazujących kunszt architektoniczny Majów, których pozostałości są dziś udostępnione zwiedzającym. I choć zajmują one olbrzymi obszar, to większość z nich (ponad 90%) jest nadal porośnięta selwą. Dżungla ukryła to miejsce przed konkwistadorami i dopiero w XVII w. zostało na nowo odkryte jako zaginione miasto Majów, które dla wielu turystów jest głównym celem podróży do Meksyku.

Architektura budowli jest nie mniej imponująca niż otoczenie, które nadaje temu miejscu zjawiskowy charakter. Widok wywołuje jednocześnie zachwyt i strach.

Świątynia Inskrypcji – grobowiec Pakala Wielkiego.

Tubylcy są bardzo przyjaźni i ciekawi naszych poczynań.

Podczas zwiedzania ruin towarzyszył nam mały Alan, którego przodkowie budowali to miasto, a sprzedawca pamiątek z pasją opowiadał nam o kulturze cywilizacji Majów.

 

 

Twoja ocena: Brak Ocena: 5 (2 votes)